Ostatnimi czasy jestem zmęczony tym całym byciem przywódcą. Wszyscy co chwilę zgłaszają się do mnie z jakimiś problemami. Tego dnia musiałem odpocząć, pobyć chwilę sam. Chodziłem po swojej grocie, nie wiedząc co zrobić. Ponieważ poprzedniej nocy nie mogłem spać, postanowiłem się teraz zdrzemnąć. Tak, to dobrze mi zrobi. Położyłem się na stercie siana, zamknąłem oczy. Nie potrzeba było wiele czasu, bym usnął. [...] Znalazłem się na Marzycielskim Polu, dookoła nie było nic, aż nagle usłyszałem czyjś głos. Zacząłem się rozglądać, lecz nikogo nie widziałem.
- Jest tu kto? - spytałem nie za cicho, nie za głośno.
Cisza. Westchnąłem i ruszyłem dalej, lecz nagle ktoś lub coś pociągnęło mnie za ogon. Zarżałem zirytowany i parsknąłem. Najdziwniejsze w tym wszystkim było to, że nikogo tu nie było, a czułem jego obecność i słyszałem głosy. Może oszalałem? Może to jakiś duch? Co ja gadam, przecież duchy nie istnieją. Chyba... potrząsnąłem łbem odganiając od siebie te myśli i usłyszałem nikczemny śmiech. Wiedziałem, że teraz stanie się coś strasznego. Wziąłem głęboki oddech, zamknąłem oczy. I właśnie w tym momencie się przebudziłem. Dobrze że to tylko sen, że nie mam żadnych zwidów.