sobota, 11 lipca 2015
Luna
Urodziłam się w stadninie koni ujeżdżeniowych. Nie znałam swojego ojca, ale od matki słyszałam, że był on czempionem, mającym dobre setki potomków. Była dla mnie opiekuńcza, a co dzień otulała mnie swoim ciepłem i zainteresowaniem. Tego dnia, opiekun zabrał mnie na trening wyjątkowo wcześnie. Szłam posłusznie za panem, prowadzącym mnie na jaskrawo-żółtym uwiązie doczepionym do kantaru o podobnym odcieniu. Zdziwiłam się, gdy ominęliśmy padok ujeżdżeniowy i szliśmy w stronę parkingu przyczep. Pomyślałam, że może dzisiaj będziemy mieli jakąś lekcję w terenie - chciałam pozbyć się napływających, złych myśli. Weszłam spokojnie do przyczepy i stanęłam na przeciw przewoźnego pojemnika na owies. Po jakimś czasie podróży zatrzymaliśmy się. Wyjrzałam przez małe okienko, przylegające do sufitu naczepy i rozejrzałam się po okolicy. Nie było widać ani skrawka trawy, wszystko otoczone było niewysokimi hangarami z podrdzewiałej blachy. Opiekun wyprowadził mnie na zewnątrz - po raz pierwszy miała do czynienia z twardym, betonowym podłożem. Czułam się dość niekomfortowo na nowych terenie. Pan stanął naprzeciw mnie i spojrzał mi prosto w oczy, po czym oparł się czołem o mój nos i wyszeptał smutne "przepraszam". Poczułam się bezradna; nie wiedziałam co zrobić. Jakiś wysoki mężczyzna przyjął plik pieniędzy od mojego opiekuna. Z bólem na twarzy i łzami w oczach, oddał mu uwiąż do ręki. Mężczyzna ruszył w stronę jakiegoś hangaru, ciągnąc mnie za sobą bez odrobiny delikatność. Odwróciłam się jeszcze raz, spoglądając na znajomy mi samochód. Opiekun siedział, oparty głową na kierownicy. Wyglądał na załamanego. Co oni chcieli ze mną zrobić? Z metalowego budynku dobiegało, wypełnione cierpieniem, rżenie. Przestraszyłam się; stanęłam dęba. Mężczyzna od razu pociągnął mnie w dół, powodując, że kantar wbił mi się za uszami. Nagle podbiegła do mnie jakaś młoda, szczupła dziewczyna i zaczęła rozmawiać z mężczyzną w jakimś nieznanym mi języku. Wyrwała mu uwiąz z ręki i pociągnęła za sobą, szybko biegnąc za hangary. Ujrzałam drewniany, spróchniały płot. Pod jednym kopnięciem dziewczyny, górna belka runęła na ziemię, przełamując się na pół. Młoda ściągnęła mi kantar i uderzyła w zad, dając mi tym samym znak do ucieczki. Popędziłam przed siebie. Nie zważałam na nic, chciałam tylko zniknąć z tego strasznego miejsca. Będąc w bezpiecznej odległości, odwróciłam się i zobaczyłam jak dwóch silnych mężczyzn prowadziło właśnie tą dziewczynę, której uratowała mi życie.